Był piękny, upalny ranek. Zmęczona natura powoli budziła się do życia rozsiewając wszędzie swój cudowny, orzeźwiający zapach. Gdzieś w oddali pasło się kilka saren. Raz po raz strzygąc uszami ostrożnie stąpały po srebrzystej rannej trawie. Na drugim planie widniały masywne góry, które swymi koronami z zazdrością strzegły skarbów, kryjących się za nimi.

Krętą brukowaną ścieżką w stronę niezdobytych, nieujarzmionych szczytów szedł człowiek. Był sam… sam pośród dzikiej natury, która od wieków nie widziała tutaj rozumnej istoty. Czego tam szukał? Co było jego celem? Jak tam trafił? Nikt tego nie wiedział, i nikt już nie miał się tego dowiedzieć. Gdy przyjrzeć mu się bliżej można było zobaczyć człowieka w średnim wieku. Ubrany skromnie: sandały na nogach, długa szara tunika oraz sznurowy pas to był cały jego strój. Całość uzupełniała drewniana, długa laska, na której się podpierał. Swym wyglądem, w sposobie jak chodził można było rozpoznać pielgrzyma. Dokąd pielgrzymował? Skąd pochodził? Nie wiadomo było o nim prawie nic. Dopiero, po pewnym czasie, zbliżając się do pierwszych wzniesień, zza tuniki wyjął duży drewniany krzyż można było się domyślić, że jest Chrześcijaninem.

Pasące się sarny dostrzegły Pielgrzyma. Zaciekawione wpatrywały się w to dziwne “zwierze”. Widząc, że człowiek zbliża się do nich nie zmieniając kierunku, zerwały się i uciekły. Tak jakby instynktownie wiedząc, że “Człowiek” nie należy do przyjaznych stworzeń. A może wyczuły coś innego coś, co kryje się w górach coś, co nie jest przyjazne życiu? Czy “to” wyczuwając ludzki zapach przebudziło się ze swojego długiego snu? Niczego nieświadomy mężczyzna wkroczył na wąską, zapomnianą ścieżkę. Kto wie być może prowadziła ona przez góry do innego świata? W życiu jest dużo pytań bez odpowiedzi.

Pielgrzym szedł powoli przez cały dzień aż do zmierzchu. Wszedł już bardzo wysoko. Ścieżka, którą szedł robiła się coraz węższa, aż w końcu miejsca starczało tylko dla jednej osoby. Po lewej stronie widniała ściana skalna, której wierzchołek zanurzony był gdzieś wysoko w wiecznej, białej mgle. Po prawej stronie widniała przepaść ciemna i na pewno głęboka, nie było widać dna, które przykryte było białym dywanem mgły. Robiło się coraz zimniej, zerwał się wiatr, który swym buczącym głosem prowadził monolog z cichą skałą. Jego jęki ukrywały nieopisana obawę. Co mówił? Przed czym ostrzegał? Czego się bał?

Człowiek zmęczony, wyczerpany przysiadł na krawędzi. Wtulając swą twarz w skałę zasnął, niespokojnym półsnem. Każdy nieostrożny ruch groził zsunięciem się w przepaść. Dręczyły go koszmary, widziadła senne, jakieś straszne głosy wyjące z bólu. O czym śnił? O czym marzył? Czego pragnął?

Z przepaści wydobył się przeraźliwy krzyk. W dole z mgły wyłoniła się jakaś biała postać. Powoli, jak duch, sunęła w górę. Biała bezkształtna mgła zatrzymała się na wysokości gdzie znajdował się pogrążony w niespokojnym śnie pielgrzym. Nagle mgła zaczęła nabierać kształtów. Wyłoniły się ręce, nogi, potem głowa, aż na końcu rozprostowały się śnieżnobiałe ogromne skrzydła. Była to kobieta. Cała jasna, biała jak mgła. Jej piękna twarz była spokojna, miła. Długie białe włosy przykrywały ją, opadały luźno przykrywając jej nagie jędrne i piękne ciało. Bezszelestnie zbliżyła się do nadal śpiącej postaci. Wyciągnęła rękę delikatnie głaszcząc palcami, zewnętrzną strona ręki, policzko pielgrzyma. Doznając tej czystej, nieskazitelnej w swej postaci pieszczoty mężczyzna rozluźnił się. Jego obawy, strach, zwątpienie, nawet niespokojny sen wszystko to zniknęło. Biała Dama otuliła człowieka swymi skrzydłami chroniąc go od zimna, dając mu ciepło swojego ciała, dając mu spokój oraz wypoczynek.

Ciemna noc była długa, tak jakby jakieś niewidzialne, a może widzialne, moce toczyły walkę… walkę, w której tutaj Ciemna strona miała przewagę. W końcu jednak nastał ranek, powoli przyćmione światło słoneczne wygrywało walkę z wieczną mgłą rozjaśniając świat. Biała postać poruszyła się niespokojnie czyżby czegoś się obawiała? Czy było tam coś, co mogłoby jej zagrozić? Mężczyzna powoli rozbudzał się z błogiego snu. Widząc to skrzydlata Pani szybko uniosła się w powietrze szepcąc jeszcze na koniec do ucha człowieka:

- Pielgrzymie zawróć, ta droga jest zła. Tędy nigdzie nie dojdziesz. Tutaj czeka cię tylko strach.

Człowiek się ocknął. Dostrzegł tylko jak w dole coś wzburzyło wieczny dywan mgły. Nie potrafił tego ani wyodrębnić, ani zrozumieć. Coś jednak w duszy go ostrzegało, że ta droga nie doprowadzi go do celu. Zastanawiał się nad tym, aby zejść z powrotem, aby zrezygnować. Poczuł się bać, sam nie wiedząc, czego. Jednak te myśli szybko odeszły, gdy zobaczył, że zrobiło się niebywale jasno. Nie mógł wiedzieć, że panujące tam moce dobrze wiedziały, co on czuje. Nie mógł wiedzieć, że tam na górze toczyła się wojna. Nieustanna walka między Ciemnością a Jasnością. Nieustanna walka o jego duszę. Jednak tym razem Ciemność użyła podstępu odpuściła trochę w walce ze swym wrogiem, aby zachęcić biednego pielgrzyma do dalszej wędrówki ścieżką, zwaną przez nieme skały “Ścieżką zła”.

Człowiek szedł kolejny dzień wąską drogą, posuwając się nieustannie pod górę. Powoli ku zachodowi chyliło się duże okrągłe słońce resztkami swej mocy rozświetlając twarz mężczyzny. Dlaczego nie zawrócił? Co go zmuszało, aby iść tą niebezpieczną drogą? Czego oczekiwał?

Pielgrzym szedł powoli, nie spodziewając się czającego się w pobliżu niebezpieczeństwa. Natrafił na miejsce, w którym ścieżka ostro skręcał w lewo. Powoli, ostrożnie pokonał zakręt. Nagle stanął jak wryty. Oniemiał z wrażenia i zaskoczenia. Oto przed nim stanęła czerwona postać, z której bił ognisty żar. Wysoka na dwa metry, masywnie zbudowana ledwo się mieściła na wąskiej drodze. Jego twarz brzydka i zdeformowana okazywała okrucieństwo i złą naturę bestii. W ręce trzymał ogromny topór. Stwór spojrzał na małego człowieka, roześmiał się szyderczo a po chwili przemówił:

- Nędzniku ostrzeżono cię a ty nie posłuchałeś. Pokazano by ci inną drogę, lecz ty wybrałeś własną. Wybrałeś jednocześnie moją drogę.

Stwór podszedł do zdrętwiałego ze strachu mężczyzny zanosząc się jednocześnie okrutnym śmiechem. Uniósł nieszczęśnika jedną ręką do góry powoli go dusząc.

- Wiesz pielgrzymie - przemówiła ochrypłym głosem bestia - wiesz wy ludzie jesteście dziwni. Nie potraficie rozeznać właściwej drogi. Idziecie tam gdzie myślicie, że jest wam łatwiej, wygodniej. Jesteście ślepi i głusi, chociaż nawet o tym nie wiecie. Nie mogę narzekać dzięki waszej nieskończonej głupocie mam, co robić. Pomyśl, po co to wszystko? Po co tyle się męczyłeś? Po to, aby mnie spotkać? Chciałeś osiągnąć szczęście po swojemu nędzniku wiedz, że to, co nie pochodzi od Jasności pochodzi ode mnie plugawy robaku…

- Nie… - wydyszał dusząc się pielgrzym - to nie tak. Ja przecież szedłem za Jasnością. Tam za górą jest mój cel, tam chciałem dotrzeć. To wskazali mi dobrzy ludzie…

- Wielu ludzi było stawianych na twojej drodze - przeszkodził mu stwór - wielu z nich pochodziło od Jasności, jednak wielu pochodziło ode mnie, między innymi ludzie, którzy cię tu skierowali.

Mężczyzna chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz bestia mu nie pozwoliła wzmocniła swój uścisk blokując tym samym dopływ powietrza nieszczęśnikowi. Nadal trzymając go w jednej dłoni przeniósł go ze ścieżki nad przepaść. Spojrzał głęboko w oczy pielgrzymowi, roześmiał się obrzydliwie, po czym puścił swą ofiarę.

Człowiek leciał w przepaść. W tych ostatnich sekundach swojego życia uświadomił sobie, że dokonał wiele zła w swoim życiu. Uważał, że podążał za Jasnością jednak to Ciemność sprawiła, że nie mógł dostrzec tego, co prawdziwe, tego, co jest rzeczywiście dobre. Już wiedział, że chodził własnymi ścieżkami. Wybierał to, co było mu wygodne, chociaż nie zawsze było mu to potrzebne. Był człowiekiem pysznym. W swej ziemskiej pielgrzymce gdzieś zgubił właściwą drogę, właściwy cel. Był pielgrzymem sam dla siebie. Gubiąc właściwą drogę zgubił jednocześnie swą duszę.

Więc co począć? Czy pisane mu było tak umrzeć? Czy wszystko stracił? Czy przegrał swoje życie?

Głuchy dźwięk uderzenia ciała o skałę odbił się echem w górach płosząc przezorną zwierzynę. Na samym dnie przepaści trwało nieruchome ciało człowieka, ubranego w długa tunikę oraz w sandałach na nogach. Cały był zakrwawiony, miał złamana nogę. Jakimś cudem jeszcze żył niestety powoli konał. Resztkami sił sięgnął do swej jedynej kieszeni. Wyjął stamtąd drewniany krzyż, położył go sobie na piersi ściskając go mocno oburącz. Z góry zleciała powoli jakaś ciemna czerwona postać. To zła bestia przybyła dokończyć swoje dzieło. Zbliżyła się powoli w stronę konającego. Spojrzał w oczy swojej ofierze. I już miał zadać ostateczny cios, już miał pogrążyć duszę pielgrzyma, gdy ten zdołał po cichu przemówić:

- Jezu przepraszam cię za mój grzech. Błagam cię pokornie wybacz mi. O to teraz oddaję ci moje życie. Teraz jestem pewny, że po raz pierwszy w życiu jestem na dobrej drodze… drodze ku twej miłości. Proszę cię… pomóż mi…

Po tych słowach Pielgrzym umarł.

Rozwścieczona bestia rzuciła się w stronę jego ciała chcąc je rozszarpać. Nagle całe dno przepaści zabłysło oślepiającym światłem. To światło odrzuciło bestię do tyłu, która aż zawyła z bólu. Nad Pielgrzymem stała Biała Pani otulając jego martwe ciało swymi skrzydłami spojrzała na wystraszona bestię i powiedziała do niej:

- Odejdź precz ty, który jesteś ciemnością. Oto ten Pielgrzym dziś zazna miłości oraz chwały Jasności. Oto on przez swą słabość w ostatniej swej chwili przywołując imię Jezusa został zbawiony. Bo był zagubionym Pielgrzymem, który się odnalazł…

Po tych słowach bestia oddaliła się a Biała Pani, sługa jasności zniknęła wraz z pielgrzymem.

Marcin Kopij