pt 13 kwi 2007
Był piękny, upalny ranek. Zmęczona natura powoli budziła się do życia rozsiewając wszędzie swój cudowny, orzeźwiający zapach. Gdzieś w oddali pasło się kilka saren. Raz po raz strzygąc uszami ostrożnie stąpały po srebrzystej rannej trawie. Na drugim planie widniały masywne góry, które swymi koronami z zazdrością strzegły skarbów, kryjących się za nimi.
Krętą brukowaną ścieżką w stronę niezdobytych, nieujarzmionych szczytów szedł człowiek. Był sam… sam pośród dzikiej natury, która od wieków nie widziała tutaj rozumnej istoty. Czego tam szukał? Co było jego celem? Jak tam trafił? Nikt tego nie wiedział, i nikt już nie miał się tego dowiedzieć. Gdy przyjrzeć mu się bliżej można było zobaczyć człowieka w średnim wieku. Ubrany skromnie: sandały na nogach, długa szara tunika oraz sznurowy pas to był cały jego strój. Całość uzupełniała drewniana, długa laska, na której się podpierał. Swym wyglądem, w sposobie jak chodził można było rozpoznać pielgrzyma. Dokąd pielgrzymował? Skąd pochodził? Nie wiadomo było o nim prawie nic. Dopiero, po pewnym czasie, zbliżając się do pierwszych wzniesień, zza tuniki wyjął duży drewniany krzyż można było się domyślić, że jest Chrześcijaninem.

Marek nie miał łatwego charakteru. Jego ojciec dał mu pewnego dnia worek gwoździ i kazał wbijać w okalający ogród płot - każdy brak cierpliwości, każdą kłótnię miał dokumentować jeden gwóźdź w płocie.